Oswaldo Sanchez – kojarzycie? Niedzielni kibice raczej nie, bo nigdy nie zagrał w żadnym z europejskich klubów (z wyboru, ale o tym później). Nie można jednak nazwać go piłkarzem anonimowym. Jednego zaledwie występu w reprezentacji Meksyku zabrakło mu do przekroczenia okrągłej setki. I to mimo tego, że jego kariera zbiegła się z tą Jorge Camposa – legendy tamtejszego futbolu. 

Sanchez brał udział w aż trzech turniejach o mistrzostwo świata. W 1998 roku jedynką był jednak wspomniany Campos. Cztery lata później selekcjoner Javier Aguirre postawił z kolei na Óscara Péreza. Do Sancheza miał należeć mundial w 2006 roku. Rok wcześniej był podstawowym bramkarzem podczas Pucharu Konfederacji, w którym Meksyk zajął czwarte miejsce. Potem rozegrał większość spotkań eliminacji i wszystkie poprzedzające turniej w Niemczech mecze towarzyskie. To miał być jego czas. Nareszcie. W końcu czekał na to osiem lat.

I wtedy, kiedy wreszcie miał okazję zagrać na najważniejszej piłkarskiej imprezie, wydarzyło się coś, co wstrząsnęło nie tylko nim, ale tak naprawdę całą reprezentacją Meksyku. Zmarł jego ojciec.

Meksykańska federacja błyskawicznie załatwiła mu lot do rodzinnej Guadalajary. Czasu do rozpoczęcia mistrzostw zostało już bardzo mało. Rezerwowy Jesús Corona szykował się na przejęcie bluzy z numerem jeden. Zupełnie niepotrzebnie. Zaraz po pogrzebie Sanchez spakował się i wrócił do Niemiec. Wbrew temu, co radziła mu większość. Nie słuchał nikogo. Chciał zagrać turniej życia, stanąć między słupkami ku czci zmarłego ojca.

Selekcjoner miał jednak dylemat. Spełnić życzenie piłkarza i zaryzykować? W końcu nie wiadomo, w jakiej będzie dyspozycji psychicznej, szczególnie po tak silnym ciosie. Ostatecznie decyzja została podjęta rano w dniu pierwszego meczu z Iranem. Niespodzianki nie będzie. Między słupkami stanie ten, który najbardziej na to zasłużył – Oswaldo Sanchez.

Przykra wiadomość rozeszła się błyskawicznie. Przed spotkaniem przeciwnicy wręczyli Sanchezowi wieniec, na znak jedności i łączenia się w bólu. Przed meczem uklęknął w okolicach swojej bramki. Modlił się, prosił o siłę. Wiedział, że musi dać z siebie wszystko, a presja otoczenia była ogromna.

Dał radę.

Meksyk wygrał 3:1, a Sanchez popisał się kilkoma interwencjami klasy światowej. Po meczu puściły mu nerwy. Płakał, a reprezentacyjni koledzy otaczali go ze wszystkich stron.

Embed from Getty Images

– Pewność siebie, jaką dał mu dziś ojciec, była jak anioł stróż, który obserwował go z góry. Z tym aniołem u boku Osvaldo jest w stanie dokonać tutaj niesamowitych rzeczy – mówił selekcjoner Ricardo La Volpe.

Ostatecznie Meksykanie wyszli z grupy. Odpadli dopiero w 1/8 finału, gdzie po dogrywce pokonała ich reprezentacja Argentyny. Sanchez w każdym z tych meczów był jedną z jaśniejszych postaci w reprezentacji. Jemu nikt nie miał nic do zarzucenia.

To jednak nie koniec historii meksykańskiego bramkarza.

Rok później Meksyk grał na Copa America w Wenezueli. Szło im świetnie, byli jednym z faworytów do końcowego triumfu. Wtedy jeden z najbardziej rozpoznawalnych meksykańskich dziennikarzy sportowych, nazywany „El Nene”, dowiedział się o tym, że… zmarł jego ojciec.

Chciał wrócić do Meksyku, ale był sam środek turnieju. Lotniska były przepełnione, terminy pozajmowane od dawna. Wydawało się, że alternatywy zostały wyczerpane i dziennikarza zabraknie na uroczystościach pogrzebowych. Ostatecznie udało się znaleźć lot z międzylądowaniem w jednym z krajów Ameryki Środkowej. Problem polegał na tym, że był horrendalnie drogi, w pierwszej klasie. Najzwyczajniej nie było go na niego stać.

Smutna wieść dotarła też do samych piłkarzy reprezentacji Meksyku. Pierwszy z kondolencjami podążył Cuauhtémoc Blanco, drugi selekcjoner Hugo Sánchez. Trzecim był Osvaldo Sanchez, ale w jego przypadku nie skończyło się na pustych słowach.

Sięgnął do kieszeni, wyjął plik studolarowych banknotów i wręczył go totalnie zaskoczonemu dziennikarzowi.

Embed from Getty Images

On jako jedyny potrafił postawić się w jego sytuacji. To było tysiąc dolarów. Początkowo reporter odmówił pomocy, ale wtedy Sanchez zamienił darowiznę na bezterminową pożyczkę. Historia nie zakończyła się jednak happy endem. Ostatecznie lot nie doszedł do skutku, a pieniądze wróciły do Sancheza. Mimo to do dziś pamięta się mu ten szlachetny gest.

Na koniec coś zupełnie pozytywnego.

Sanchez przez 21 lat zawodowej kariery reprezentował cztery kluby, wszystkie meksykańskie. Siedmiokrotnie był wybierany najlepszym bramkarzem tamtejszej ligi. Dlaczego, skoro był tak dobry, nigdy nie trafił do Europy? Odpowiedź: bo… nie chciał.

– Miałem okazję trafić do najlepszych lig na świecie. Oferty między innymi złożyły mi Bolton Wanderers, Getafe czy Recreativo Huelva. Wszystkie propozycje z Europy łączyło jedno – oferowali mi przynajmniej połowę mniej tego, co zarabiałem w Meksyku. Chciałem zagrać w Europie, ale nikomu nie chciało się wydać na mnie konkretnych pieniędzy – zdradził w wywiadzie udzielonym po zakończeniu kariery.

Dzień, w którym logika zraniła miliony serc. Baggio nie jedzie na mundial