Paul Gascoigne był nieprzeciętnym piłkarzem. Abstrahując od jego hulaszczego, a później mocno przygnębiającego trybu życia, to z boiska zapamiętali go kibice na całym świecie. W 2004 roku nieuchronnie zbliżał się koniec jego długiej kariery, ale w wieku 37 lat jeszcze raz podjął rękawicę, podpisując ostatni w karierze kontrakt z Boston United F.C..

Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że Gascoigne odcina kupony. Rok wcześniej zaliczył przedziwną przygodę w lidze chińskiej. Dwa lata wcześniej zahaczył o Burnley, ale na pierwszy rzut oka widać było, że z Gascoigne’a-piłkarza pozostało już tylko nazwisko.

Embed from Getty Images

Czwartoligowy wówczas Boston United był jedynym klubem, który jeszcze był w stanie wyciągnąć do niego pomocną dłoń. To była zaskakująca decyzja, ale Gascoigne otrzymał propozycję łączenia roli piłkarza z przygotowaniami do drogi trenerskiej. Niemniej jednak po zaledwie dwóch miesiącach i czterech występach, zdecydował się odejść. Dlaczego? Oficjalnie z powodów zawodowych. Chciał zająć się wyrabianiem trenerskich papierów.

– Pojechałem tam uczyć się fachu szkoleniowca, a na miejscu było zupełnie inaczej. Fizycznie nadal czuje się świetnie. Nie wykluczam powrotu na boisko, ale teraz przede wszystkim chcę szkolić się na trenera – powiedział po opuszczeniu swojego ostatniego klubu.

Plotki jednak głoszą, że powód odejścia mógł być nieco mniej oczywisty.

Kiedy Gascoigne odebrał telefon i usłyszał o propozycji gry w Boston United, myślał, że chodzi o Boston w… Stanach Zjednoczonych. Miał nie zdawać sobie sprawy z istnienia 30-tysięcznego miasteczka w Anglii o tej samej nazwie. Podekscytowany przyjął propozycję, a kiedy zorientował się o co naprawdę chodzi, miało być już za późno i zdecydował się zostać tam przez kilka tygodni, by po tym czasie dyskretnie dać nogę.

Ile w tym prawdy – nie wiadomo. Tak przynajmniej głosi miejska legenda.

Stara gazeta: Dida o krok od Manchesteru, Gascoigne w… drugiej lidze chińskiej