Dziś staje przed Wami jeden z najlepszych obrońców w historii włoskiej piłki – Fabio Cannavaro. Niesamowicie pozytywny człowiek poza boiskiem, niebywale nieustępliwy na zielonej trawie. On, jak setki tysięcy jego rówieśników, chciał być jak Diego Maradona. Goleadorem co prawda nie został, ale za to zgarnął statuetkę dla najlepszego piłkarza na świecie.

– Ten facet jest wiecznie radosny. Znam go od zawsze, a płaczącego widziałem go raz w życiu, kiedy na świat przyszedł jego syn – Christian. Raz w życiu widziałem go też poważnie wkurzonego. Słuchajcie, to była jazda… – opowiada Paolo, brat Fabio, notabene również znakomity piłkarz, który jeszcze do niedawna grał dla Parmy.

Pewnego wieczoru Fabio, jeszcze jako nastolatek, z hukiem wrócił z treningu, rzucił torbami i oznajmił ojcu, że chce się poświęcić piłce i nie ma zamiaru więcej chodzić do szkoły. Cannavaro senior zachował się tak, jak większość troskliwych rodziców na jego miejscu. Poczerwieniał, zaczął się wydzierać, wrzeszczeć. Zrobił jednak coś jeszcze. Wszedł do pokoju Fabio i Paolo, po czym na ich oczach zniszczył wszystko, co było związane z calcio. Dosłownie wszystko – buty, koszulki, ochraniacze, getry. Po kilku minutach na podłodze leżała sterta szmat.

– Albo będziesz dalej się uczył, jak normalny chłopak w Twoim wieku, albo nigdy więcej nie kopniesz piłki – powiedział.

Embed from Getty Images

Fabio był kompletnie rozwalony, ale posłuchał surowego ojca. Wrócił do szkoły, odebrał nawet dyplom księgowego, a potem – kiedy już spokojnie mógł dalej uprawiać sport – został najlepszym obrońcą na świecie. Ojcu był wdzięczny za twardą lekcję, ale docenił ją dopiero po wielu latach.

Nie chciał być obrońcą. Jak zdecydowana większość rówieśników marzył o zdobywaniu pięknych bramek i śrubowaniu strzeleckich rekordów. Nic dziwnego, skoro wychował się na mundialu w 1982 roku, kiedy Paolo Rossi został królem strzelców, a Azzurri sięgnęli po Puchar Świata. Zanim zaczął trenować w Napoli, przychodził podawać piłki. Nie tylko na meczach, również na treningach. Chciał być jak najbliżej gwiazd, w szczególności jednej, najjaśniejszej. Diego Armando Maradony. Zaczynał jako środkowy pomocnik, ale pewnego dnia podszedł do niego jeden z dyrektorów akademii i powiedział: Fabio, chciałbym, żebyś grał na środku obrony.

Bez powodu, bez wytłumaczenia. Po prostu. I tak to się zaczęło. Był niższy od kolegów. Nie wyglądał jak defensor, a już na pewno nie jak ten ustawiony na środku.

– Chcecie wkurzyć Fabio? Powiedźcie mu, że jest drewniany, jak przystało na staromodnego stopera. Gwarantuję, że wybuchnie, bo zawsze był świadomy swojej techniki. Nic dziwnego. Jako dzieciak grał na środku pola – mówi jego brat, Paolo.

Embed from Getty Images

Na murze obok boiska, na którym grał z kolegami, narysował tarczę – symbol scudetto – i się pod nią podpisał. Ponoć tkwi tam po dziś dzień.

– To, że zrobiłem taką karierę, zawdzięczam dwóm rzeczom. Po pierwsze, uczyłem się od najlepszych. Grałem z Ciro Ferrarą, który w Serie A rozegrał ponad pięćset meczów. Opieprzał mnie równo, nie przebierając w słowach. Najwięcej nauczyłem się jednak od Maradony – wspomina Fabio.

Ciekawa historia wiąże się też z finałem mistrzostw świata w 2006 roku i następującej po nim ceremonii wzniesienia pucharu przez kapitana.

– Od razu wpadłem na pomysł, żeby wskoczyć na stolik, na którym było trofeum. Na szczęście w ostatniej chwili poprosiłem chłopaków, żeby mnie przytrzymali. Wyobrażacie sobie, co byłoby, gdyby stolik nie wytrzymał? Zapisałbym się jako największy idiota w historii mistrzostw świata – wspominał.

Embed from Getty Images

Opowiedział też o historii listu, który zaraz przed wylotem na mundial do Niemiec wręczył mu Mauro Vladovich – sekretarz generalny Włoskiego Związku Piłki Nożnej.

– Na jego końcu był cytat z Papieża Karola Wojtyły: „nie bójcie się mieć odwagę”. Nikomu wcześniej tego nie mówiłem, ale te słowa stały się moim motorem napędowym. Mało tego, motorem napędowym całej naszej drużyny. Po mundialu je sobie wytatuowałem – mówił.

Na koniec jeszcze jedna świetna anegdota. Pewnego dnia, jako bardzo młody chłopak, Cannavaro został zaproszony na trening pierwszej drużyny Napoli. Emocje były nie do opisania. Nie spał, nie jadł. Otrzymał okazję do zmierzenia się z największym idolem nie tylko jego samego, ale i całego miasta. Boskim Diego. Przed zajęciami usłyszał jedno zdanie instruktażowe: nie wchodź wślizgiem w Maradonę.

Jak myślicie, posłuchał?

Oczywiście, że nie. Wszedł wślizgiem i odebrał mu piłkę. Wszyscy zamarli, łącznie z piłkarzami i członkami sztabu. Jedynym, który się uśmiechał, był… sam Maradona. Po treningu podszedł do nastoletniego Fabio i ofiarował mu swoje buty, które potem – na długie lata – stały się ozdobą jego pokoju.

Al-Saadi Kaddafi – najgorszy i… najbogatszy piłkarz w historii Serie A