Lewą stroną urywa się John Arne Riise. Podaje do środka, do Stevena Gerrarda. Ten wyjątkowo błyskotliwie, z pierwszej piłki odgrywa do wbiegającego w pole karne Milana Barosa. Czech przedziera się między Ricardo Carvalho i Johnem Terrym, po czym pada po kontakcie z bramkarzem Chelsea – Petrem Cechem. Do piłki dopada jednak Luis Garcia i mimo poświęcenia Terry’ego i Williama Gallasa, w zamieszaniu pakuje ją do siatki, zdobywając bramkę, która daje The Reds finał Ligi Mistrzów.

Bramkę, która… nigdy nie padła. Bramkę, bez której być może nie byłoby ani Dudek Dance, ani przepięknej historii z odrobieniem trzybramkowej straty w spotkaniu z AC Milan. 

Luis Garcia zaczął świętowanie, ale – jak przyzna po latach – sam nie był do końca pewien, czy piłka przekroczyła linię. Przypominamy, że to nie była era zaawansowanych technologii. Goal Line Technology czy tym bardziej VAR były jedynie ledwie słyszalną melodią przyszłości. Wtedy opierano się na zdjęciach i nagraniach, które często i tak nie były w stanie dać stuprocentowej pewności. 

Po pierwszym meczu na Stamford Bridge, który zakończył się bezbramkowym remisem, Jose Mourinho był niesamowicie pewny siebie. Już wtedy media nazywały go „The Special One”, po tym, jak sam określił się tym mianem na jednej z konferencji prasowych. Stwierdził, że kiedyś, w przyszłości, może przegra jakiś półfinał, ale na pewno nie będzie to ten. Po meczu rewanżowym musiał zmienić ton. 

– Siła kibiców na Anfield jest porażająca. Mnie czy moim piłkarzom to nie przeszkadzało, ale na murawie byli tacy, na których miało to konkretny wpływ. Przyprowadźcie mi tu sędziego liniowego. Niech powie, czy jest stuprocentowo pewny tej bramki, bo moi gracze są innego zdania. Ja bym zapisał tego gola liniowemu. To był gol z księżyca – mówił na pomeczowej konferencji zdenerwowany „Mou”. 

Sędzią głównym był Słowak Lubos Michel, ale oczy całego piłkarskiego świata skupił na sobie Roman Slysko. Z zawodu lekarz, po godzinach sędzia liniowy. To jego decyzja przyczyniła się do uznania bramki. 

– Podjąłem właściwą decyzję, jestem stuprocentowo pewien. Musiałem zrobić to w ciągu dziesiątych części sekundy, ale powtórki telewizyjne nie udowodniły, że gol nie padł – tłumaczył się. 

Wątpliwości w dużej mierze rozwiała jednak nowoczesna analiza telewizji Sky Sports, która na podstawie paraboli lotu piłki i zachowania obrońców wykazała, że piłka nie przekroczyła linii całym obwodem. To z kolei przyśpieszyło prace nad goal-line technology, która na najwyższym poziomie pojawiła się jednak dopiero… siedem lat później.