Przenieśmy się w lata osiemdziesiąte. Skromna dzielnica na południu Madrytu. Na dziedzińcu między zniszczonymi blokami pewien chłopiec całe dnie obija piłkę o ścianę. Matka woła go przez okno, żeby przyszedł coś zjeść, chociaż na chwilę. Po chwili wraca jednak na swój dziedziniec. Był to chłopiec, który okazał się Złotym Chłopcem. Nazywa się Raúl González Blanco.

– Moja mama bardzo chciała żebym został lekarzem albo choćby weterynarzem. Zawsze lubiłem zwierzęta. Mój ojciec był myśliwym, więc w domu zawsze było przynajmniej kilka psów. Mama siedziała w domu, opiekowała się rodziną. Tata pracował jako elektryk, do czasu, kiedy zamknęli jego fabrykę. Potem chwytał się fuch. To on zabrał mnie na Calderón, żeby zobaczyć Atlético. Dla niego zawsze byłem najlepszy. Po drodze widziałem wielu znacznie bardziej utalentowanych ode mnie, ale gubił ich brak dyscypliny czy rozkojarzenie. Odkąd skończyłem dziesięć lat, zawsze czekałem na kolejny weekend i kolejne zwycięstwo. To prawie całe moje życie – mówił w jednym z wywiadów.

Embed from Getty Images

Podróż między szatnią Realu a szatnią Bernabeu trwa mniej niż minutę. Dla 17-letniego Raula ta minuta trwała wieczność. Minuta dzieliła go od początku historii, na której końcu zostaje legendą największego klubu na świecie.

– Zaczynałem w Atletico. Potem przeniosłem się do Realu, ale po jakimś czasie Atletico sobie o mnie przypomniało. Mój ojciec stracił pracę, a oni złożyli mi konkretną ofertę. Zostałem tylko dzięki Jorge Valdano, ówczesnemu trenerowi Realu, który chyba zobaczył we mnie coś wyjątkowego. Przekonał mnie i po trzech miesiącach zadebiutowałem w pierwszej drużynie, co zaskoczyło nawet mnie samego.

Dziś już wiemy, co Valdano zobaczył w 17-latku z mlekiem pod nosem. Zobaczył w nim nie tyle talent do gry w piłkę, co gigantyczną siłę psychiczną. – Jeśli chcesz wygrać, wystaw mnie w pierwszym składzie – miał powiedzieć młody Raul.

Debiutanckiego gola dla Realu zdobył przeciwko… Atletico. Swojej dziecięcej miłości.

– Na treningi dojeżdżałem pociągiem. Rano byłem w klubie, a wieczorami – do 22 – uczyłem się w szkole średniej. Pewnego dnia spojrzałem na gazety, które leżały na witrynie w kiosku i wszędzie widziałem… siebie. Byłem na wszystkich okładkach. Ludzie mnie rozpoznawali. Prosili o autograf, a ja uciekałem, chciałem się przed nimi ukryć.

Komentatorzy byli zachwyceni jego skutecznością, ale jednocześnie łapali się za głowy. Raul nie był ani najszybszy, nie był super dryblerem, nie imponował fizycznością. A jednak zdobywał ważne gole i imponował przede wszystkim pięknym umysłem. Przez lata był sercem i duszą Realu, chociaż nawet on nie uciekł od przysłowiowej sodówki.

Embed from Getty Images

– Mając 19 czy 20 lat, musiałem zwołać konferencję prasową. Ktoś zobaczył mnie w nocnym klubie, pod wpływem. Musiałem im wszystkim powiedzieć, że chcę zostać piłkarzem, ale pozostać człowiekiem. Ludzie myślą, że albo trenujemy na boisku, albo siedzimy na siłowni, ale my mamy życie! Nie ukrywajmy: zarabiałem więcej niż rówieśnicy. Nikt nie nauczył mnie, jak obchodzić się z pieniędzmi.

W 2008 roku Raul podpisał kontrakt, który zapewniał mu 7 milionów na rękę, ale wtedy był już dojrzałym facetem. – W sumie jestem trochę dziwny… Nie lubię drogich samochodów czy złotych zegarków. Lubię życie, drobne uciechy. Spacery z rodziną, kontakt z naturą, wyjścia do kina czy na piwo z przyjaciółmi.

Kiedy grał w Schalke, swój dom urządził w Ikei, żeby nie przywiązywać się do mebli. Wszędzie poustawiał zdjęcia żony i piątki swoich dzieci.

Marzył o tym, żeby zakończyć karierę w Realu, ale jego ukochany klub postawił na nim krzyżyk za wcześnie. On wciąż chciał grać, zdobywać bramki. Potem zaliczył wspomniane Niemcy, Katar, by na koniec przenieść się do Nowego Jorku, gdzie w 2015 roku zakończył karierę. Do Madrytu jednak wrócił.

Dziś jest szkoleniowcem trzecioligowych rezerw – Realu Madryt Castilla.