Jeśli upadniesz raz, wystarczy wstać, otrzepać kolana i iść dalej. Gorzej, jeśli potykasz się co chwile. Dodajmy – potykasz bardzo boleśnie. Tak jak Ronaldo. Kontuzje dręczyły go latami. Obrazki, w których zwija się z bólu, obiegały cały świat. On jednak za każdym razem powstawał. Ba, był coraz silniejszy, o czym przekonaliśmy się 30 czerwca 2002 roku.

Brazylia i Niemcy jak zawsze miały mocne drużyny, ale przed rozpoczęciem mundialu niewielu wymieniało ich w gronie faworytów. Francję, Argentynę, Włochów, Hiszpanię – i owszem. Nie Brazylię, nie Niemców.

Przed finałem Ronaldo trenował na pół gwizdka. Selekcjoner Luis Felipe Scolari nie chciał dojechać jego i tak już mocno przeciążonego uda. 

– Niemcy? Każdy wie, jak bardzo potrafią być niebezpieczni, ale nie musimy się nimi przesadnie martwić. Trzeba zagrać w swoim stylu i mocno ich zaatakować – mówił Ronaldo przed rozpoczęciem meczu. 

Dla niego był to mundial wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że zdobywał w nim mnóstwo bramek. Mimo, że miał dopiero 25 lat, były to jego trzecie mistrzostwa. W 1994 roku w USA jako 17-latek przesiadywał na ławce rezerwowych. Cztery lata później w przegranym finale z Francją był cieniem samego siebie. Później przez trzy lata męczył się z kolanami, na boisku w barwach Interu pojawiając się w kratkę.

Embed from Getty Images

W Korei i Japonii, wraz z Rivaldo i Ronaldinho, spisywali się sensacyjnie dobrze. Przed finałem aż 13 z 16 goli było dziełem wspomnianej trójki. Niemcy z kolei byli kapitalnie poukładani w obronie. W składzie mieli przecież rewelacyjnego, 33-letniego Olivera Kahna, który do tamtej pory wpuścił zaledwie jednego gola.

– Nie jest powiedziane, że drużyna złożona z samych gwiazd musi z nami wygrać – mówił Oli. 

Finał zapowiadany był jako pojedynek dwóch najlepszych pilkarzy turnieju – Ronaldo i Kahna. Obaj zresztą kapitalnie oddawali charaktery swoich drużyn. Ba, charakter narodów. Kahn – twardy, solidny do bólu. Ronaldo – wiecznie uśmiechnięty, pełen polotu i fantazji. 

Do 67. minuty lepiej grali Niemcy. Śmiało można napisać nawet, że rozgrywali swój najlepszy do tamtej pory mecz na mundialu. Brazylijski kanarek miał podcięte skrzydła. Niemcy kontrolowali mecz. Dominowali nie brazylijscy fantasiści, a twardzi Ramelow, Jeremies, Frinks i Linke. Na wyczyny Brazylijczyków nie było miejsca. Rivaldo wręcz nie istniał, ale Niemcy mieli problem z tworzeniem sytuacji.

Wtedy – w drugiej połowie – karta się odwróciła. Strzał Rivaldo odbił przed siebie Kahn, do piłki dopadł Ronaldo i było 1:0. To był jego jedyny błąd w tamtym turnieju, ale jakże bolesny. Potem Ronaldo dorzucił jeszcze jednego gola z linii pola karnego. 

Kahn zawiódł – to nie podlega wątpliwości. Po końcowym gwizdku długo stał, opierając się o słupek bramki, jakby nie dowierzając w to, co się stało. Lepszym z dwójki bramkarzy w finale był niedoceniany Marcos, który dwa czy trzy razy popisał się interwencjami klasy światowej. 

„Być dziś Brazylijczykiem to fantastyczne uczucie.”
– Ronaldo po finale z Niemcami.

Embed from Getty Images

Brazylia (3-4-2-1): Marcos; Lucio, Roque Junior, Edmilson; Cafu, Kleberson, Gilberto Silva, Roberto Carlos; Rivaldo, Ronaldinho (Juninho, 84); Ronaldo (Denilson, 89).

Niemcy (3-5-2): Kahn; Linke, Ramelow, Metzelder; Frings, Schneider, Hamann, Jeremies (Asamoah, 76), Bode (Ziege, 83); Neuville, Klose (Bierhoff, 73).