Dziś – z wiadomych przyczyn – noszenie maseczki nie jest niczym nadzwyczajnym. A co jeśli napiszemy, że był piłkarz, który używał jej… ponad dwadzieścia lat temu? Do tego na boisku, podczas meczu? O co w ogóle chodzi i kim jest ten wariat? Panie i Panowie – przed Wami Paulo Nunes. Najbarwniejszy brazylijski piłkarz z przełomu wieków, o którym w Polsce – mamy wrażenie – słyszało naprawdę niewielu.

Nic dziwnego, bo niemal całą karierę – z epizodyczną przerwą na Benfikę i miesięcznym kontrakcie w Al-Nassr – spędził w ojczyźnie. Nie zaistniał też w kadrze, bo w jego czasach konkurencja w ataku Canarinhos była przytłaczająca. Udało mu się zaliczyć ledwie dwa występy, w tym jeden w wygranych finale Copa America 1997. Poza tym strzelał masę bramek w lidze brazylijskiej i… był kompletnym świrem.

– Niedługo wyjście na mecz będzie jak wyjście do kina. Jesz popcorn, wyciszasz telefon i oglądasz w ciszy. Piłka moich czasów była znacznie ciekawsza. Teraz jest nudna jak flaki z olejem. Tak samo, jak piłkarze. Dziś wszystkiego się boją. Wszyscy są super poprawni, grzeczni. Te wywiady… „Chcesz wygrać to spotkanie?” „Tak, ale druga drużyna też jest świetna.” Litości… – mówił w jednym z ostatnio udzielonych wywiadów.

Paulo Nunes był szczególny. Był wyjątkowo przebojowy i kontrowersyjny w czasach, kiedy cały futbol był bardziej kolorowy niż dziś. Gdyby podobne zachowania prezentował nie pod koniec lat 90-tych, a w roku 2020, klubowi lekarze prawdopodobnie wysłaliby go na konsultację psychiatryczną.

Ale to były inne czasy.

Há 30 anos, Palmeiras assumia o porco como identidade e mascote da ...

Kibice czekali na jego gole bardziej niż na trafienia innych piłkarzy. Wiedzieli, że po każdym z nich musi coś wywinąć. Wszystko zaczęło się w 1999 roku, kiedy jego Palmeiras grało z Portuguesą. Przed meczem spotkał kibica, dzieciaka w masce… świni, która jest jednym z klubowych symboli. Chłopak zapytał piłkarza, czy ten nie przymierzyłby jego maski. Piłkarzowi spodobał się ten pomysł, ale najpierw postanowił zapytać o zgodę trenera Luiza Felipe Scolariego, który uznał, że… to świetny pomysł.

– Śmiało, świnia to jeden z symboli Palmeiras. Trybuny będą wniebowzięte! – ucieszył się późniejszy selekcjoner mistrzów świata.

Z czasem maski po zdobytych bramkach stały się jego znakiem rozpoznawczym. Zawsze miał je przygotowane w spodenkach, gdzie czekały na swoją kolej. Obok klasycznej świni były jeszcze gejsza, czarodziejka i parę innych.

Miał też osobliwy pseudonim – „Blond Diabeł”. Włosami wyróżniał się na tle całej ligi, ale i one były efektem nie genów, a czystego szaleństwa. Raz przegrał zakład, ufarbował się na jasno i tak już pozostało. Jemu było to na rękę. Wyróżniał się i – jak opowiadał po latach – cieszył gigantycznym zainteresowaniem kobiet.

Jak to brazylijski piłkarz – imprezował na całego.

– W pewnym momencie wychodziłem na miasto praktycznie co noc. Miałem gdzieś harmonogramy, skupienie przed meczem. Obchodziła mnie tylko dobra zabawa. Poza tym kumplowałem się z Gaúcho, kolegą z Fluminense, który znał chyba wszystkie kobiety w Rio. Robiliśmy tam niesamowite rzeczy, które jednak niekoniecznie przekładały się na wysoką formę.

Embed from Getty Images

W lidze brazylijskiej dla klubów takich jak Flamengo, Palmeiras, Gremio czy Corinthians zdobył blisko 150 bramek. W 1996 roku został nawet królem strzelców. Bardzo chciał zrobić karierę w Europie. Dla transferu do wspomnianej Benfiki poświęcił nawet wyjazd na mundial, ale zabrakło szczęścia i może trochę samozaparcia.

– Po Copa America w 1997 roku Zagallo powiedział mi, że 99% tego składu pojedzie na mundial do Francji. Poprosił, żebym nie wyjeżdżał do Portugalii. Że tam znacznie trudniej będzie mnie obserwować, że są problemy z nagraniami meczów. To były inne czasy.

Był jednak pewny siebie i postawił na swoim. W Benfice zmienił się jednak prezydent, który nie był zadowolony z jego wysokiej pensji. Mógł zostać w Europie, ale odrzucił oferty Parmy i Deportivo La Coruna. Wrócił do Brazylii.

Szkoda, bo grać w piłkę niewątpliwie potrafił, a dziś pamiętają o nim wyłącznie w Brazylii.