Miał trzydzieści lat. Osiągnął właściwie wszystko, co było do osiągnięcia. Do Tottenhamu przychodził jako mistrz świata, dwukrotny zdobywca Pucharu UEFA czy kilkukrotny mistrz Bundesligi. Złośliwi Anglicy mogliby nazwać go „fat cat” i przypiąć łatkę faceta, który do Premier League trafił po to, żeby odcinać kupony. Nic z tych rzeczy. Jürgen Klinsmann podczas zaledwie jednego sezonu w Anglii miał ogromny wpływ na rozwój całej ligi.

Mamy rok 1994. Obrzydliwie bogaty właściciel Spurs – Alan Sugar – ma kaprys sprowadzenia kilku gwiazd zakończonych mistrzostw świata. Na White Hart Lane trafia trójka. Dwóch Rumunów – Ilie Dumitrescu, Gheorghe Popescu i przede wszystkim on, gwiazda absolutnego światowego topu – Jürgen Klinsmann.

Co skusiło go do opuszczenia pięknego Monako? Jak opowiadał później, było mu nie po drodze z ich szkoleniowcem – Arsene Wengerem.

– Rozczarowałem się nim. Jest prawdopodobnie jednym z najbardziej kulturalnych i inteligentnych menedżerów w świecie piłki, ale moim zdaniem jest przy tym zbyt miły, żeby funkcjonować na najwyższym poziomie. Szybko zdałem sobie sprawę, że Monaco na pewno nie będzie moim ostatnim klubem – wspominał. 

Embed from Getty Images

Po mundialu w 1994 roku, na którym Klinsmann zdobył pięć goli, posypały się oferty. Barcelona, Atletico Madryt i AC Milan robiły wszystko, żeby sprowadzić go do siebie. W Premier League też pojawiało się zainteresowanie, ale ze strony Evertonu i Aston Villi. Dla piłkarza pokroju Klinsmanna były to jednak za niskie progi.

Tymczasem Tottenham potrzebował odbicia. Kontuzjowany był ich gwiazdor – Teddy Sheringham. Poza tym – jak już wspomnieliśmy – poprzedni sezon niemal zakończył się degradacją. Do tego wszystkiego doszły jeszcze zarzuty o przekręty finansowe. Nowy sezon Spurs mięli zacząć z sześcioma punktami na minusie.

Potrzebowali kogoś, kto to wszystko dźwignie i wleje radość i nadzieję w serca kibiców. Chcieli Chrisa Suttona, ale on wolał Blackburn. Chcieli Jean-Pierre’a Papina – również nic z tego nie wyszło. Chcieli nawet… Diego Maradonę, ale ten wpadł podczas kontroli antydopingowej.

Embed from Getty Images

W końcu znaleźli. Trafili bez pudła.

Nazwisko Klinsmanna w ogóle nie padało w mediach, bo… nikt głośno o tym nie mówił. Prezes Tottenhamu pływał na swoim jachcie u wybrzeży Monako i spotkał się z jego agentem. Kiedy ten zadzwonił do piłkarza, usłyszał: niech sam do mnie zadzwoni i zaprosi mnie na jacht. 

Zaprosił. I – jeśli wierzyć opowieściom niemieckiego mistrza, zrobił mu wyśmienite cappuccino. 

Negocjacje poszły bardzo sprawnie. Klinsmann miał zarabiać milion funtów rocznie i kosztował 2 miliony funtów, co Sugar uznał za wyjątkowo promocyjną cenę. Właściciel Spurs szybko wpadł w paranoję, że – mimo słownej umowy – ktoś sprzątnie mu go sprzed nosa. Zorganizował więc medialną ustawkę. Kamery Sky i fotoreporterzy zrobili im zdjęcia, kiedy przechadzali się w okolicach stadionu AS Monaco. W końcu zaskoczony Klinsmann zapozował do zdjęcia, ściskając dłoń przyszłemu pracodawcy.

Deal był dopięty. 

Embed from Getty Images

Warto podkreślić, że w 1994 roku Premier League nie była nawet ułamkiem biznesu, którym jest dzisiaj. Było to raczej zamknięte środowisko, a obcokrajowców mieli jak na lekarstwo. Okej – byli Eric Cantona czy Peter Schmeichel, ale, z całym szacunkiem, pod względem osiągnięć Klinsmann przerastał ich o kilka długości. To była prawdziwa transferowa bomba.

– Czułem, że ta liga rośnie w siłę. Że może rzucić wyzwanie lidze włoskiej czy niemieckiej. Jestem dumny, że mogłem być jej częścią niemal od samego początku. Przekonało mnie podejście prezesa, ale i chęć ucieczki z Monako. To nie był dla mnie raj. Nie mogłem grać dalej w miejscu, które w niczym nie przypominało mojego domu. Oferta Spurs była dla mnie zdecydowanie bardziej wartościowa niż jakakolwiek opcja z Hiszpanii. Brzmi dziwnie, ale tak było w rzeczywistości – wspomina.

Co dziwne, angielska prasa była pod wrażeniem. Chwaliła ruch, chwaliła decyzję. Byli wniebowzięci i dumni, że czołowy reprezentant Niemiec będzie…

Żart. 

„Nurkujący bombowiec za milion funtów rocznie wylądował!” – krzyczał nagłówek „Daily Mirror”. „Evening Standard” z kolei pisał, że podpisanie umowy z „nurkiem Klinsmannem” jest niedorzeczne. Że poza Niemcami wszyscy go nienawidzą, włączając w to terytoria puszczy w Nowej Gwinei i grenlandzkie igloo. 

On jednak zgasił wszystkich już na powitalnej konferencji prasowej. 

– Słuchajcie, zanim zadacie jakieś pytanie, ja mam jedno do Was. Macie tu w Londynie jakąś porządną szkołę nurkowania?

Embed from Getty Images

Rozbroił ich jednym zdaniem. Mało tego. Planował jeszcze większe show. W jego kieszeni przygotowana była maska płetwonurka, ale ostatecznie nie zdecydował się na jej użycie. Już sześć tygodni po transferze „Guardian”, który wcześniej napisał artykuł pod tytułem „Dlaczego nienawidzę Klinsmanna” odbił piłeczkę z tekstem… „Dlaczego kocham Klinsmanna”. 

Niemiec w barwach Spurs spędził wówczas tylko jeden sezon. 

Ale, słuchajcie, co to był za sezon…

Dzień dobry. Siedem goli w pierwszych sześciu meczach. Jestem Jürgen. Gol w 89. minucie w ćwierćfinale Pucharu Anglii, eliminujący Liverpool. Nazywam się Klinsmann. Trzydzieści bramek we wszystkich rozgrywkach, miano piłkarza sezonu i miejsce w jedenastce roku, obok Alana Shearera.

Tottenham zajął dopiero siódme miejsce i nie zakwalifikował się do europejskich pucharów, więc Klinsmann uznał misję za zakończoną i skorzystał z prawa rozwiązania kontraktu. Pożegnanie było szorstkie, szczególnie z właścicielem Spurs, który potem paradował z koszulką Klinsmanna, mówiąc, że nie jest godna nawet tego, żeby umyć nią samochód. 

Dwa lata później wrócił na wypożyczenie z Sampdorii i pomógł Kogutom utrzymać się w Premier League, ale wszyscy i tak pamiętają jego sezon 1994-95. 

Embed from Getty Images

Sezon, który pokazał, że facet z zagranicy też potrafi zdziałać cuda w Premier League. Sezon, który wpuścił do angielskiej piłki masy świeżego powietrza. Jeden piłkarz przez jeden sezon i tyle namieszał…