Latem 2002 grał na pachnących nowością stadionach mistrzostw świata w Korei i Japonii. Kilka miesięcy później wylądował w… czwartej lidze włoskiej. Upadek? Nie w tym przypadku. Poznajcie romantyczną historię Angelo Di Livio – piłkarza raczej zapomnianego, a zdecydowanie wartego wspomnienia. 

Fiorentina, zaledwie rok po triumfie w Pucharze Włoch, po sezonie 2001/02, ogłosiła bankructwo. Di Livio, jako kapitan, mnóstwo czasu spędzał w gabinetach dyrektorów i prezesów. Bezskutecznie. Drużyna, która miała w składzie choćby Predraga Mijatovicia, Enrico Chiesę, Nuno Gomesa czy młodziutkiego Adriano, miała odejść w niebyt.

Embed from Getty Images

– Nie wiem, co teraz zrobię. Szczerze mówiąc, zastanawiam się nad zakończeniem kariery – mówił wyraźnie rozczarowany Di Livio.

W tej wyjątkowej sytuacji wszyscy piłkarze Fiorentiny zostali z kartami na ręku i mogli zmienić klub na dowolny, bez kwoty odstępnego. Di Livio, chociaż miał już 36 lat, nie narzekał na brak ofert. Pojawiło się zainteresowanie Interu, Torino i kilku innych klubów z Serie A. Jego kumpel, Franco Baresi, wówczas dyrektor sportowy Fulham, też miał dla niego propozycję. Była szansa na zakończenie kariery lukratywnym kontraktem. Di Livio zrobił jednak coś, czego nikt się nie spodziewał.

Odrzucił wielkie stadiony, chwałę, pieniądze i podpisał werbalny kontrakt z klubem, który de facto jeszcze nie istniał. Na miejsce Fiorentiny powstał twór, który początkowo nie miał praw do używania starej nazwy czy logo. Nazywał się Florentia Viola i zaczynał przygodę od czwartej ligi. Di Livio został jego pierwszym kapitanem.

– Nie chcę być zapamiętany, jako kapitan drużyny zdegradowanej i klubu, który skończył jako bankrut. Ludzie tutaj okazali mi tyle dobrej woli, że postanowiłem się im za to odpłacić – powiedział.

Kiedy podpisał kontrakt, klub nie miał ani koszulek, ani nawet jedenastu piłkarzy. Był za to trener – Pietro Vierchowod, kolega Di Livio z czasów gry w Juventusie. Niedawny reprezentant Włoch zgodził się na obniżkę pensji o 85%. Mieszkał w tym samym miejscu, 20 minut spacerkiem od Stadio Artemio Franchi. Jedynym, co wyróżniało go na tle reszty piłkarzy, było nowiutkie, błyszczące Porsche.

Embed from Getty Images

Drużyna w głównej mierze składała się z odrzutów z innych klubów i młodych wypożyczonych, zwabionych atmosferą florenckiej otoczki. Wśród tych drugich byli chociażby znani z reprezentacji Włoch Alessandro Diamanti czy Fabio Quagliarella. Ten drugi wspominał, że przed spotkaniami we Florencji nie mógł spać. Że kompletnie zjadła go trema. W dwunastu meczach zdobył jednego gola i po pół roku zakończono jego wypożyczenie. Kibice nie zawodzili. Na domowe mecze Florentii w czwartej lidze przychodziło po 30 tys. fanów, bijąc wszelkie rekordy. Bywały kolejki, że w całej Italii tylko trzy kluby z Serie A gromadziły większą publikę. – Jestem dla nich wszystkich jak starszy brat – śmiał się po jednym ze spotkań.

Wróćmy do Di Livio. Jakim był piłkarzem? Krótko mówiąc – dość przeciętnym. – Umiałem trochę biegać, więc kiedy byłem nastolatkiem, Roma zaprosiła mnie na testy – mówił z dystansem do samego siebie.

Florentia dźwignęła presję, wygrała ligę i awansowała do trzeciej ligi. Di Livio nie dograł jednak do końca sezonu. Wcześniej zerwał więzadła krzyżowe, co po raz kolejny dało mu do myślenia. – Powrót w tym wieku, po tak poważnej kontuzji, może być wyjątkowo trudny. Moje morale są bliskie zeru – mówił szczerze.

Embed from Getty Images

Wrócił. Już do Fiorentiny, do której prawa nabyto na aukcji. Szczęście sprawiło, że we Włoszech akurat miała miejsce reorganizacja rozgrywek i Viola trafiła bezpośrednio do Serie B. Kibice się cieszyli, ale dla sztabu była to niemała zagwozdka. Zebranie szerokiej, konkurencyjnej kadry, było gigantycznym wyzwaniem. Di Livio został i zagrał 43 z 48 ligowych spotkań, włączając to barażowe z Perugią, które dało Fiorentinie awans do Serie A. Tym sposobem po zesłaniu do najniższego profesjonalnego poziomu w Italii, po dwóch latach znów był jej kapitanem w najwyższej lidze.

Kiedy poprosił o podwyżkę, w klubie zapadła konsternacja, chociaż i tak chciał zaledwie ćwierć tego, co zarabiał przed bankructwem. Ostatecznie – mimo oporów – postanowiono zostawić go jeszcze przez jeden sezon. W nim był raczej dobrym duchem szatni, niż podstawowym zawodnikiem, a Fiorentina walczyła o utrzymanie. O nim miała zadecydować ostatnia kolejka i mecz z Brescią. Di Livio wyszedł w pierwszym składzie, Viola wygrała 3:0, a on miał udział przy dwóch bramkach.

W 88. minucie, kiedy schodził z boiska, cały stadion nagrodził go emocjonalnym pożegnaniem. Zdjął fioletową koszulkę, pocałował ją i podniósł w stronę Curva Fiesole – trybuny ultrasów. Był to jego ostatni mecz w karierze.

Embed from Getty Images