Nie wszyscy muszą wielbić go za talent czy charakter, ale każdy przyzna, że osobowość – jak na piłkarza – miał kompletnie nietuzinkową. Niewielu pamięta, że dwunastego grudnia 1991 roku, w wieku 25 lat, Eric Cantona zakończył karierę… Półtorej roku przed transferem do Manchesteru United.

Nikogo, kto choć trochę zna historię i charakter Erica, nie zdziwi jednak fakt, że już dwa tygodnie później popijał piwo w jednym z angielskich barów, czekając na podpisanie kolejnego kontraktu (foto na dole tekstu). 

Zerknijmy na tło całej sytuacji. Kilka miesięcy wcześniej jeden z najbardziej utalentowanych francuskich piłkarzy trafił do totalnego średniaka – Nimes. I to świeżo po zdobyciu kolejnego mistrzostwa z Olympique Marsylią. To miej więcej tak, jakby Antoine Griezmann zamiast Barcelony wybrał Osasunę. Sytuacja Cantony była jednak niesamowicie pokręcona, bo mistrzowski sezon kończył na marginesie, odrzucony, poza pierwszą drużyną.

Miał propozycje z gigantów – Olympique Lyon czy Paris Saint-Germain, ale miał dość wielkiej piłki. Chciał iść tam, gdzie mógłby oddychać świeżym powietrzem, ale jednocześnie nie wypadłby z reprezentacji Francji. Dokonał logicznego, ale – jak okazało się później – jednocześnie katastrofalnego wyboru.

Embed from Getty Images

Nimes nie miało żadnych szans na sukcesy, ale Ericowi nie o to wówczas chodziło. Przecież właśnie zdobył tytuł, który niewiele dlań znaczył. Cieszył się świeżym powietrzem, tęsknił za bezkompromisowym futbolem i wiedział, że w Nimes będzie miał tego pod dostatkiem. Ponadto stał się jedną z lokalnych atrakcji. Klub ze spokojnymi kibicami, skromnymi ambicjami i trenerem o gołębim sercu w żaden sposób nie mógł rywalizować z Marsylią. Ale to właśnie Ericowi odpowiadało.

Problemem były pieniądze. Marsylia chciała za niego 10 milionów franków, na co Nimes nie mogło sobie pozwolić. To znaczy nie mogłoby, gdyby ich prezesem nie był mer miasta, który wyciągnął kasę ze środków publicznych.

Embed from Getty Images

Po kilku kolejkach Nimes zajmowało jedno z ostatnich miejsc w tabeli, a Cantona grał w kratkę, trapiony kontuzjami. Potem nieoczekiwanie zaczęli wygrywać mecz za meczem, ale Eric wciąż nie strzelał. Był za to nieocenioną postacią w szatni. Szybko jednak czar prysł i Nimes znów stoczyło się w dolne rejony tabeli. Cantona wciąż był pewnym punktem reprezentacji Michela Platiniego, ale chyba szybko zdał sobie sprawę, że trafił do klubu, który nie nadąża za jego ambicją.

W międzyczasie dostał mrożący telefon z informacją o śmierci jego ukochanego dziadka – Josepha.

To wydarzenie przelało czarę goryczy.

Podczas słabego meczu z St. Etienne, Zakończonego remisem 1:1, siódmego grudnia 1991 Cantona popełnił piłkarskie samobójstwo.

– Był faulowany – wspominał Henri Emile. – Sędzia nawet nie mrugnął. Eric ruszył do niego z pretensjami. Arbiter go upomniał. Mecz trwał, a wkrótce Canto znów był faulowany i sędzia znów nie gwizdnął. Eric wziął piłkę, rzucił nią w sędziego, a potem bez słowa obrócił się i nie spoglądając za siebie, ruszył do szatni.

Cantona został natychmiast wezwany przez komisję dyscyplinarną. Przeprosił i poprosił o łagodny wymiar kary dwóch meczów zawieszenia. Kiedy przewodniczący komisji jego prośbę odrzucił, Eric wstał i każdemu z jej członków wykrzyczał prosto w twarz: IDIOTA, IDIOTA, IDIOTA! Po czym wyszedł z sali.

Karę zwiększono do dwóch miesięcy, ale Eric postanowił, że sam ją sobie przedłuży. Bezterminowo. Dwa dni później zdecydował o zakończeniu kariery. Decyzja była nieodwołalna.

– Rzuciłem to wszystko, wyjechałem. Nigdy więcej nie zagram w piłkę! Zbyt wiele rzeczy mnie wkurzało, ale ponieważ kochałem tę grę, na wiele rzeczy przymykałem oko, ignorowałem je. Decyzja Komisji Dyscyplinarnej przeważyła szalę – powiedział jednemu z reporterów.

Co wtedy robił? Podróżował, zwiedzał, malował. Myślał o karierze aktorskiej, zastanawiał, czy nie zająć się sztuką. Dość szybko okazało się jednak, że zakończenie kariery nie wchodzi w grę. Wielką rolę w tym wszystkim odegrał selekcjoner reprezentacji Francji, Michel Platini, który poprosił Gerarda Houlliera, żeby rozejrzał się za klubem dla Cantony na Wyspach Brytyjskich.

Embed from Getty Images

– Gdybym nie był żonaty i nie miał dziecka, nigdy nie wyjechałbym do Sheffield. Trafiłbym tam, gdzie nikt nie mógłby mnie znaleźć – mówił po latach.

Tak, to właśnie tam, w Sheffield Wednesday miał być kolejny przystanek jego pokręconej kariery. Przyjechał, zagrał w turnieju halowym, gdzie oglądało go 10 tys. ludzi. Spodobało mu się. Był pewien, że zostanie tam na dłużej. Transfer jednak wykoleił się na ostatniej prostej, a wtedy najsprytniejsi okazali się sternicy Leeds United, którzy zgarnęli go sprzed nosa licznej konkurencji.

Reszta jest historią.