Gdybyście mieli wymienić pięć czysto piłkarskich zalet Luki Toniego, podejrzewamy, że nie wyśpiewalibyście ich jednym tchem. Wszystko mogłoby się zamknąć w tym, że był wysoki, silny i miał nosa do goli. Teoretycznie miał więcej wad. Bywał nieporadny, wręcz pokraczny. A jednak przyczynił się do zdobycia mistrzostwa świata i osiągnął mnóstwo, także indywidualnych laur. 

Niewiele brakowało, a z piłką dałby sobie spokój już wiele lat wcześniej, bo w wieku zaledwie dwudziestu lat. Warto wyjaśnić, że Toni nigdy nie był przykładem wonderkida. Jako nastolatek nie przyciągnął zainteresowania największych klubów, jego osobą nie zainteresowały się Nike czy Adidas i nie dostał sportowego samochodu zaraz po zdaniu egzaminu na prawo jazdy.

Wszystko okupił ciężką, długą i mozolną pracą.

Luca toni

Stefano Pioli, Ronaldo i… młody Luca Toni w barwach Fiorenzuoli

Początek jego kariery to sinusoida między drugą i trzecią ligą. Najgorszy sezon przeżył jednak jako dwudziestolatek. W Fiorenzuoli, do której na zasadzie współwłasności trafił z Modeny. Przez cały sezon w trzeciej lidze zdobył zaledwie dwie bramki. Spisywał się na tyle przeciętnie, że często odsyłano go do gry w rezerwach. To właśnie wtedy na poważnie myślał o zakończeniu kariery.

Jako dzieciak sprawiał dużo kłopotów, o czym wspominał Cinesinho, jego trener w juniorach Modeny, a w latach 60-tych piłkarz Juventusu i reprezentacji Brazylii. Z jednej strony był wielki i nieskoordynowany, a z drugiej znajdował drogę do bramki znacznie częściej niż rówieśnicy. Dlaczego jego talent wystrzelił tak późno? Zdaniem tych, którzy go znają, zbyt mało pracował u podstaw.

Embed from Getty Images

– Od dziecka marzyłem o tym, żeby być jak Marco van Basten – powiedział w jednym z wywiadów.

W Serie A zadebiutował dopiero w wieku 23 lat, w barwach beniaminka z Vicenzy. W parze z Mohamedem Kallonem (pamiętacie go?) zmierzył się z Milanem, w którego składzie znaleźli się Szewczenko, Bierhoff czy Maldini. Jego dziewięć goli nie wystarczyło do utrzymania klubu, ale on sam znalazł zatrudnienie bez żadnego problemu. Rekordowe 30 miliardów lirów wydała na niego Brescia, gdzie trafił do jednego klubu z Roberto Baggio i Pepem Guardiolą.

Za pierwsze poważne zarobione pieniądze nie kupił Ferrari, a willę w rodzinnych stronach, gdzie mieszka do dziś. Nabył też dawny budynek szkoły, w którym jego mama pracowała jako woźna i przerobił go na świetlicę, miejsce spotkań lokalnej młodzieży.

Embed from Getty Images

Pierwszy raz chciał zakończyć karierę w wieku 20 lat. Nie zostałby królem strzelców Serie A i Bundesligi. Nie zdobyłby Złotego Buta i mistrzostwa świata. Drugi raz chciał odpuścić piłkę mając lat trzydzieści pięc, ale tym razem powód był zdecydowanie bardziej skomplikowany.

Jego pierwsze dziecko urodziło się martwe.

Wtedy liczyła się dla niego tylko żona. Nie myślał o piłce. Otwarcie mówił o końcu kariery. W końcu – zaglądając w metrykę – i tak był jedną nogą po drugiej stronie. Tak przynajmniej mogło się wydawać. Jego karierę uratował jednak… Dymitar Berbatow. I przy okazji podarował mu drugą młodość i drugi tytuł capocannoniere Serie A.

Bułgar na ostatniej prostej wyrolował Fiorentinę, podpisując kontrakt z Fulham, więc ta sięgnęła po bezrobotnego Toniego. Mimo tego, że szykował się do emerytury w lidze Emiratów Arabskich. Mimo traumatycznych przejść w życiu osobistym, zaczął strzelać jak nigdy. Najpierw dla Violi, a potem – kiedy ci odpalili go, stawiając na Mario Gomeza – dla Hellasu Werona. Tam w trzy sezony zdobył 48 bramek, a drugi z nich uświetnił tytułem najlepszego strzelca.

W wieku 38 lat.

Embed from Getty Images