Kiedy za pierwszym razem w 2003 roku zgłosiła się po niego Barcelona, od prezydenta „Smoków” Pinto da Costy usłyszał tylko: – Poczekaj jeszcze rok, w tym sezonie wygramy Ligę Mistrzów. No i… opłaciło się czekać. Deco wygrał rok później najważniejsze rozgrywki na Starym Kontynencie, a potem odszedł do wymarzonej Barcelony. Do drużyny z Ronaldinho, Eto’o, Xavim czy wchodzącym Messim pasował jak ulał.

Artysta. Kreator. Miał wszystko, co powinien mieć środkowy pomocnik. Strzał z dystansu? Cały repertuar – i technicznie, i siłowo, i z oszukaniem rywala zwodem na zamach. Drybling? Także cała gama. Efektownie i efektywnie. Wypieszczone piłki posyłał do przodu wręcz taśmowo.

Urodził się w Brasilii jako trzeci z sześciorga dzieciaków. Pierwszy profesjonalny kontrakt z Corinthians podpisał już w wieku 15 lat. Jest znany głównie z gry w Porto, ale mało kto wie, że w 1997 roku na jednym z juniorskich turniejów wpadł w oko skautowi… Benfiki. Tym sposobem w wieku 19 lat trafił do ojczyzny swojego dziadka – Portugalii.

Problem w tym, że oni mieli na niego inny pomysł.

Ledwo wylądował w Lizbonie, a już siedział w samochodzie jadącym w nieznanym kierunku. Jak sam wspominał, dopiero, kiedy zobaczył drogowskazy prowadzące do Alverki, zrozumiał, co jest grane.

– To był 1997 rok. Przyleciałem do Lizbony, na lotnisku czekała prasa, trochę kibiców. Pomyślałem sobie: wow, oni tu przyszli specjalnie dla mnie! Byłem w świetnym nastroju. Potem jednak wsiedliśmy do Renault 19 i jedyne, co utkwiło mi w pamięci, to napis „Alverca” przy wjeździe do miasta. Byłem w totalnym szoku. Nie chciałem opuszczać Corinthians, żeby grać w drugiej lidze, ale po czasie oczywiście mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję. W Benfice po prostu mnie odpalili – wspomina.

Graeme Souness właśnie został zatrudniony jako nowy trener Benfiki i Deco nie było w jego planach. Wolał postawić na doświadczonych i sprawdzonych piłkarzy. W jego koncepcji nie było miejsca na eksperymenty.

– Kiedy oglądałem go pierwszy raz, widziałem to, co wszyscy. Ogromny talent. Odpuszczenie Deco to był historyczny błąd Benfiki. Sprzedali sztabkę złota w cenie kawałka żelaza – mówił po latach Toni, odkrywca talentu Deco.

Embed from Getty Images

Potem jednak w całą sprawę wkręcił się niejaki Jorge Mendes – wówczas początkujący agent, dziś jeden z najmocarniejszych na świecie. Zaprosił Deco na obiad, na którym wybił mu z głowy powrót do Brazylii. – To był punkt zwrotny w mojej karierze – mówi.

Po wypożyczeniu w Alverce przyszedł czas na Salgueiros, gdzie grał niewiele, ale na jego talencie poznali się w Porto, które uwolniło go z Benfiki za równowartość 8 milionów euro. Tam Deco spotkał Jose Mourinho i spółkę. Dalszą część historii wszyscy chyba znacie.

W 2002 roku selekcjoner Luiz Felipe Scolari powołał go na mistrzostwa świata w Korei i Japonii. I choć w Portugalii Deco jest szanowany, szczególnie w stolicy, to ta decyzja była wówczas mocno kontrowersyjna. W opozycji stanął chociażby sam Luis Figo.

– Jeśli jesteś Chińczykiem… Cóż, powinieneś grać dla reprezentacji Chin – powiedział enigmatycznie, ale każdy wiedział, o co mu chodzi.

Embed from Getty Images

Później Scolari przyznał, że brak powołania dla Deco, kiedy był selekcjonerem reprezentacji Brazylii, był jednym z jego największych błędów. Kiedy więc zasiadł za sterami kadry Portugalii, postanowił to naprawić. Pomimo kontrowersji, kłótni i znanych nam przytyków o „farbowanych lisach” Deco ostatecznie zadebiutował w marcu 2003 roku.

Przeciwko… reprezentacji Brazylii. I oczywiście zdobył bramkę.

Deco może nie był piłkarzem wybitnym, ale miał to „coś”. I dla „tego czegoś” chciało się go oglądać. Miał w sobie ten magiczny pierwiastek boiskowej elegancji, który – nie bójmy się tego napisać – w dzisiejszym futbolu należy do wielkiej rzadkości.