Dziś przed Wami jedna z historii, o której słyszało albo pamięta niewielu. Z perspektywy czasu zabawna, ale wtedy pewnie mocno poważna. Do pierwszego dla Polaków meczu na mundialu w 2002 roku z Koreą Południową pozostały dwa dni. Oczekiwania i ekstaza w narodzie sięgają poziomu alarmowego. Tymczasem okazuje się, że Polacy… nie mają w czym grać. 

Wszystko przez przepis, który FIFA wprowadziła właściwie w ostatniej chwili. Według niego nazwiska na trykotach nie mogą zawierać narodowych, charakterystycznych dla danego języka znaków. Tymczasem PZPN odprawił naszych piłkarzy ze strojami, które nie spełniały – przyznacie – dość dziwnych kryteriów. Wzięli ze sobą te same, w których występowali w ostatnich trzech meczach towarzyskich – z Japonią, Rumunią i Estonią.

Embed from Getty Images

Do końca nie było wiadomo, czy pudła z koszulkami, które Puma robiła w trybie ekspresowego last minute, dotrą na czas. W międzyczasie obmyślono nawet plan „B”, który zakładał… zamalowanie „ogonków” białym sprayem.

Na szczęście koszulki dotarły. W trzech pudłach.

– Każdy piłkarz ma na mundialu po 14 koszulek. Czyli dwie na każdy mecz. Jeśli chce, w przerwie może założyć świeżą, nie ma także problemu, by wymienił się z rywalem.  Koszulki, bez polskich liter, są już w Tedżon. Te z polskimi literami spakowaliśmy do skrzyń. Przydadzą się w kolejnych meczach towarzyskich. Wszyscy dostali po siedem kompletów, liczę się bowiem z tym, że rozegrają w Azji siedem meczów – mówił obecny w Korei Południowej Piotr Cichecki, przedstawiciel Pumy.

Embed from Getty Images

Jak bardzo się pomylił – nie trzeba chyba przypominać.

Najlepszy jest jednak koniec historii. Szwedzi i Słoweńcy nie mieli zamiaru zmieniać koszulek i ostatecznie – jak doskonale widać na zdjęciach – Polacy w pierwszym meczu wybiegli w strojach z „ogonkami”. Niestety, i to nie pomogło.

A do historii z mundialu w 2002 roku na pewno wrócimy w kolejnych dniach.