Zanim Leo Messi czy Cristiano Ronaldo w ogóle przyszli na świat, do Hiszpanii trafił ich godny poprzednik. Facet, który gole zdobywał z wielką lekkością, a przy tym robił wokół tego niesamowite show. W ciągu zaledwie siedmiu lat gry w Realu Madryt stał się jego trzecim strzelcem w historii. Do tego pięć razy wywalczył koronę Pichichi i pobił rekord bramek zdobytych w jednym sezonie (38). Rekord, który ponad dwadzieścia lat później pobił dopiero Cristiano Ronaldo.

Piłkarzem tym był Hugo Sanchez.

„Kim do diabła był Hugo Sanchez?!” – zapytał kilka lat temu jeden z użytkowników forum Yahoo Answers, kiedy padło pytanie, czy Sanchez był lepszy od Pele.

Fakt, dziś nie jest to postać wymieniana jednym tchem obok tych największych. Kiedy w 1981 roku podpisywał kontrakt z Atletico Madryt, był wielką zagadką. Bramki dla UNAM Pumas czy występy w reprezentacji Meksyku w Hiszpanii nie robiły na nikim wrażenia. Zaczął wszystko od nowa. Musiał udowodnić, że Meksykanin też potrafi grać w piłkę. Czy udowodnił?

Nie, on po prostu schował całą ligę do kieszeni.

Embed from Getty Images

Były to czasy, kiedy poważne europejskie kluby w stronę Meksyku patrzyły z ironicznym uśmiechem. W kraju był już wielką gwiazdą, ale podbój Starego Kontynentu nie przyszedł mu z łatwością. Bardzo chciał go Arsenal, ale Hugo wybrał Atletico. Sądził, że hiszpański futbol i kultura są mu bliższe. Że aklimatyzacja przyjdzie mu z wielką łatwością.

Tak jednak się nie stało.

Pierwszy sezon w Madrycie był – jak na niego – bardzo przeciętny. Sanchez za nic nie potrafił przystosować się do nowych realiów. Zdobył co prawda kilka bramek, ale sporo czasu spędzał też na ławce rezerwowych. 23-latek miał dość. Chciał się spakować i wrócić do ojczyzny, ale do pozostania w Atletico zmotywował go sam prezes, Vicente Calderon.

Opłaciło się.

Sanchez zaczął strzelać jak nakręcony. Kolejne sezony kończył z piętnastoma, dwunastoma i dziewiętnastoma bramkami, a Atletico urosło do miana jednej z najsilniejszych hiszpańskich drużyn. Kiedy jednak zgłosili się po niego działacze Realu Madryt, nie miał większych sentymentów. Dopiero w barwach Blancos okazało się, że to, co pokazywał do tamtej pory, było tylko nieśmiałą przygrywką przed symfonią.

W Realu miał szczęście trafić na znakomite postaci. Stał się supportem dla słynnej „La Quinta del Buitre”, którą tworzyli Butragueño, Michel, Vázquez, Sanchís i Pardez. Pamiętne słowa po jednej z jego najbardziej spektakularnych bramek, wypowiedział ówczesny trener Realu – Leo Beenhakker.

– Gdy piłkarz strzeli takiego gola, gra musi zostać przerwana, a każdy z 80 tys. fanów na trybunach powinien zostać poczęstowany lampką szampana.

W sumie dla Realu zdobył 207 bramek w 287 meczach we wszystkich rozgrywkach.

W jego przypadku nie chodziło jednak o same cyferki. Tutaj wspomniani Messi i Ronaldo wyprzedzili go o kilka długości. Kluczem do wyjątkowości Sancheza był sposób jego gry. Nieprawdopodobnie efektowny, pełen salt i ekwilibrystycznych wybryków, które częściej niż na boiskach widzi się na halach gimnastycznych.

Jeśli koniecznie mielibyśmy go porównać – był zdecydowanie bardziej Messim niż Ronaldo.

Po karierze próbował sił jako trener, ale bez większych sukcesów. Najdłużej – w latach 2008-10 prowadził hiszpańską Almerię. W międzyczasie opowiadał, że w przyszłości chce poprowadzić Real Madryt, ale Sanchez-trener nie dorastał do pięt Sanchezowi-piłkarzowi.