Wielu z Was ten turniej wspomina pewnie z nutką nostalgii. Po pierwsze – dla dużej części mógł być do pierwszy czempionat, który oglądali z choćby elementarną świadomością. Po drugie – to był naprawdę dobry turniej. Bardzo dobry. A dokładnie 2 lipca 2000 roku odbył się jego niezapomniany finał. 

Euro 2000 obfitowało we wszystko, co w futbolu najpiękniejsze. Gole? 85, czyli do tej pory niedościgniony rekord. To znaczy pobity w roku 2016, ale wówczas rozegrano o dwadzieścia meczów więcej. W Euro 2000 średnia bramek na mecz sięgnęła 2,77! Rozumiecie? Prawie trzy bramki na mecz! Bezbramkowymi remisami zakończyły się tylko trzy spotkania. 

To było szaleństwo. Piłka bez kalkulacji. Piękna. Piłka, która niestety nie powróci. 

Na Francję – mimo, że była przecież mistrzem świata – stawiało niewielu. Piłkarze byli praktycznie ci sami, ale dwa lata starsi. Tylko czterech w podstawowej jedenastce nie miało 28 lat. Zmienił się za to trener. Z prowadzenia kadry zrezygnował Aime Jacquet, a jego miejsce zajął Roger Lemerre. Facet, który najpierw był przeciętnym piłkarzem, a później – przez 11 lat – trenował… reprezentację francuskiej armii.

To nie mogło się udać. 

Kibice byli załamani nowym selekcjonerem, ale on podjął słuszną decyzję. Jego zadaniem było… nie przeszkadzać. Nie przeszkadzać wielkim gwiazdom, którymi naszpikowana była francuska kadra.

Embed from Getty Images

Niemcy i Anglicy, którzy należeli do faworytów, odpadli już po fazie grupowej. Szczególnie zawiedli ci pierwsi, broniący tytułu, zgarniając zaledwie jeden punkt. To była katastrofa. „Bild” nazwał ich „bałwanami Europy” a naczelnym bałwanem okrzyknięto legendę – 39-letniego Lothara Matthaeusa.

Boheterem był z kolei włoski bramkarz. Nie, nie Gianluigi Buffon. On mógł nim być, ale osiem dni przed turniejem złamał rękę. Jego miejsce w bramce zajął rezerwowy Francesco Toldo i… kompletnie pozamiatał. 

Wtedy jednak nadszedł dzień finału. 

Toldo nie dał rady Francuzom, mimo, że Azzurri po bramce Marco Delvecchio prowadzili do ostatniej minuty. Włoscy kibice już się cieszyli. Już śpiewali hymn „Fratelli D’Italia”. I wtedy do akcji wkroczyli francuscy rezerwowi. David Trezeguet podał do Sylvaina Wiltorda i doprowadzili do remisu.

Embed from Getty Images

O zdobyciu tytułu musiała przesądzić dogrywka. Nie byle jaka, bo z zasadą złotego gola. Dziś już zapomnianą, a jakże piękną. Pierwsza drużyna, która trafi do siatki, wygrywa. W 103. minucie kolejny rezerwowy – Robert Pires – podał do Trezeguet, a ten pamiętnym wolejem pokonał Toldo. 

Tytuł zdobyli Francuzi. 

Euro 2000 było ogromnym sukcesem. Nie tylko piłkarskim, ale również organizacyjnym i marketingowym. Belgia i Holandia wyszły po nim kilkadziesiąt milionów euro na plusie. Kapitalnej atmosfery turnieju nie przyćmili nawet awanturujący się angielscy kibice, którzy po przegranej z Niemcami zdemolowali stare miasto i luksusowe restauracje w Charleroi. Straty liczono w milionach euro. 

Kapitalny Toldo, gol Trezegueta. Niespodziewane odpadnięcia faworytów, masa goli. Ambitna i niesamowicie pechowa reprezentacja Jugosławii czy uznawany za najlepszy mecz turnieju starcie Portugalii z Anglią. 

Piękny to był turniej. Chyba nawet najpiękniejszy.