Christian Vieri latem 1999 roku, przenosząc się z Lazio do Interu, został najdroższym piłkarzem w historii. Zapłacono za niego kosmiczną – jak na tamte czasy – kwotę 50 milionów dolarów. W barwach Nerazzurrich, wraz z Ronaldo Nazario, miał tworzyć najlepszy atak na świecie. Siedem lat później Vieri zgodził się na grę za… najniższą możliwą pensję. Podobnie, jak niedawno Jakub Błaszczykowski w Wiśle Kraków.

Jak do tego doszło? Na wstępie zaznaczmy, że nie będzie to historia bardzo romantyczna, a raczej dramatyczna. Bo ta śmieszna pensja zaakceptowana przez Vieriego została poprzedzona najcięższym okresem w jego życiu.

Rok 2006. Dla włoskiej piłki – mówiąc kolokwialnie – skrajnie popaprany. Z jednej strony afera Calciopoli, degradacja Juventusu, zdecydowanie najczarniejsza karta w historii Serie A. Z drugiej zdobyte przecież przez Squadra Azzurra mistrzostwo świata. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim ukrył się Vieri, który spędzał ostatni sezon w barwach Interu – klubu, który kilka lat wcześniej uczynił go najdroższym piłkarzem świata. Spędzał, bo w praktyce był wypożyczony najpierw do Milanu, a potem do AS Monaco.

Embed from Getty Images

Na mistrzostwa świata nie pojechał, bo dosłownie chwilę przed ogłoszeniem powołań nabawił się kontuzji kolana. Diagnoza? Przynajmniej dwa miesiące przerwy. Potem wspominał, że każdy kolejny wygrany mecz Włochów na mundialu był dla niego ciosem. Czuł, że powinien był tam być. Czuł, że był w stanie dać więcej niż Luca Toni czy Alberto Gilardino.

– Wiedziałem, że wygramy. Byliśmy najsilniejsi na świecie, ale sukces z perspektywy kanapy mnie nie cieszył. Wręcz przeciwnie. Przez to piłka obrzydła mi na kilka miesięcy – mówił.

Jesienią 2006 roku włoska prasa ujawniła skandal. Wysokiego szczebla pracownicy włoskiego Telecomu (odpowiednika Telekomunikacji Polskiej) nielegalnie podsłuchiwali tysiące włoskich VIP-ów i oficjeli. Na liście poszkodowanych znalazł się też sam Vieri, któremu pluskwę miał „podłożyć” sam prezydent Interu – Massimo Moratti. Do niego miały także trafiać szczegółowe billingi rozmów włoskiego napastnika.

– To wpędziło mnie w depresję. Nie chciało mi się więcej grać w piłkę i uczestniczyć w tym cyrku. Szczerze? Do dziś nie rozumiem, w jakim celu mnie podsłuchiwali – mówił Vieri w wywiadzie udzielonym w 2008 roku.

Embed from Getty Images

Według prokuratury Inter chciał w ten dość nietypowy sposób znaleźć przyczynę zdecydowanej obniżki formy „Bobo”. W kwietniu 2007 roku Vieri wytoczył ciężkie działa. Pozwał zarówno Telecom, jak i Inter. Pierwszych na 12 milionów euro, drugich na kolejne 9,25 miliona.

To właśnie wtedy zmierzył się z depresją, stanami lękowymi. Miał naprawdę ciężko.

– W ogóle nie wychodziłem z domu. Bałem się ludzi. Bałem się, że każdy coś przede mną ukrywa. To już we mnie zostało. Do końca życia będę przesadnie czujny, podejrzliwy. Po tym, jak to wszystko wyszło na jaw, nawet nie chciało mi się rehabilitować po kontuzji – mówił.

Podniósł się dopiero po mundialu, podpisując słynny kontrakt z Atalantą. Ten gwarantował mu wspomniane 1500 euro podstawy, ale – żeby nie było – do tego sowite bonusy. Plotki głosiły, że za każdego gola ma otrzymać 100 tys. euro, ale zaprzeczył temu sam prezes Atalanty – Ivan Ruggeri.

Embed from Getty Images

Nawet gdyby nie była to dziennikarska kaczka, to Atalanta i tak nie miała prawa przepłacić. Przez dwa sezony Vieri zdobył dla niej ledwie cztery bramki. Z Bergamo definitywnie pożegnał się trzy lata później. Odchodził jako cień samego siebie. Pod formą i notorycznie dręczony kontuzjami. Na pożegnanie fani Atalanty przyszli na trening po to, żeby go wygwizdać.

Prawda jest taka, że kariera Vieriego zakończyła się w 2005 roku, kiedy skończył 32 lata. Miks kontuzji i skandali okazał się nie do pokonania.

Na koniec, żeby nie było tak pesymistycznie. Dziś ma się świetnie. Jest gwiazdą włoskich mediów społecznościowych. Zresztą… Zobaczcie sami

Dzień, w którym Ronaldo Nazario zalał się łzami